2 Sep 2015

o przyjemności (nie) pomagania

Nowa znajoma powiedziała wiem że nie chcesz pomagać. W znaczeniu: nie chcesz prywatnie udzielać informacji. Ano nie chcę. A właściwie chciałabym, ale mam też wymagania, gdyż z zasady nic nie robię za darmo. I tak chciałabym usłyszeć dziękuję. Albo przeczytać: podobało się nam to i to, ale tam drugi raz wrócić nie chcemy.  Tymczasem fakty są takie, że dziękuję jest zbyt kosztowne,  zaś napisanie drugiego osobistego emaila- bo pierwszy, ten z prośbą o pomoc wyczerpał zasób kurtuazji - jest zbytnim obciążeniem emocjonalnym.

Ginestra (nie)pozdrawia

Weźmy taką H, przyjaciółkę znajomej. Mogłaby napisać, podziękować osobiście. Pracowałam nad listą rzeczy wartych zobaczenia w okolicy, sporządziłam przewodnik po restauracjach i miejscach kulinarnych godnych polecenia. Usłyszałam od niej coś osobistego? Nie.

Albo chłopak, który wybierał się objazdem po Europie, z postojem w Gent. Poprosił o listę miejsc wartych zobaczenia. Spisałam, podlinkowałam miejsca, których w przewodnikach nie znajdzie. Więcej się już nie odezwał.

Oczywiście nikt mi nie kazał. Nikt nie zmuszał. Robiłam bo chciałam. Podobno sama przyjemność pomocy powinna wystarczyć. Nie wystarcza. I tak jak nie chciałabym spotkać chłopaka jadącego Gent, pary która wybierała się do Umbrii i prosiła o pomoc w zorganizowaniu marszruty, tak mam nadzieję, że z H. w Ginestrze się nie zobaczymy.

28 Aug 2015

flagowy projekt

Gaetano Pesce napisał do Napoletano, wtedy jeszcze Prezydenta Republiki, z propozycją nowego paszportu. Na okładkę Pesce proponował napis: Republika Włoska - siedziba 80% światowego dorobku kultury. Gaetano Pesce zrobił to oficjalnie, na piśmie, Napoletano mu nawet odpisał: bardzo mi przykro, ale...

No więc i ja chcę. Nie paszport a flagę. Może tylko marchew zmienić na czerwone wino?



Z rozmachu walnęłam też polską.Bardzo na czasie: od wielu lat nie ma Polska orłów w polityce, za to buraków wielu, a sól drogowa do kiełbasy wyborczej.

A w sumie, tak włoska jak i polska klasa polityczna jest tego samego wymiaru i na tym samym poziomie buractwa.  Odrobina pietruszki do polskiego zestawu i mamy Włochy.

24 Aug 2015

słoik dla indywidualistów

Jeśli masz w pobliżu stragan z marchwią, selerem naciowym, cebulą i czosnkiem, a Jeśli w dodatku na balkonie wyrósł ci las bazyliowy, szałwia przejęła kontrolę nad przestrzenią, a do zbiorów natki potrzebujesz kosiarki, to sięgaj po słoiki. Z zestawu warzywno-ziołowego da się z tego zrobić coś, co zachowa i aromat i chrupkość przez długie miesiące. I jak twierdzi Annamaria, lepszej bazy do zup, sosów i gulaszu kupić nie można. Wystarczy jedynie pamiętać, że soli do potraw już nie dodajemy.


A więc
  • posiekać warzywa
  • posiekać zioła
  • (posiekać skórkę cytrynową - opcjonalnie)
  • wszystko posypać sołą gruboziarnistą
  • wymieszać
  • napchać do słoików
  • zalać oliwą lub olejem z tzw. czubem, a więc nic ma nie wystawać ponad poziom oliwy.
  • zakręcić

Proporcje marchwi do cebuli, a czosnku do selera to sprawa indywidualna. Siekanie też wedle uznania: Ja lubię kostkę z dużą ilością bazylii i pietruszki lub pietruszki z oregano, i zalewam oliwą. Annamaria sieka drobniej, prawie na papkę i przyprawia ziołami które akurat wybujały w ogrodzie: bazylią, oregano, szałwią i pietruszką. Zalewa olejem rzepakowym. Czasami mieszankę podsmaża by dała się przechowywać w spiżarni. Ja słój litrowy z surowizną wstawiam do lodówki.

19 Aug 2015

aluzji do współczesności nie znajdziesz

ile lat temu sięgnęłam po powieść historyczną? Dwadzieścia? A może nawet więcej? Coś tam z Kraszewskiego się przyczytało, zaś do czytania Bunscha zmusił mnie ojciec, wielbiciel i Kraszewskiego, Bunscha i Sienkiewicza (w tej właśnie kolejności). Ojciec nie żyje, ale gdyby żył to zainteresowałby się pewnie książką Macieja Hena Solfatara. Mnie do jej przeczytania, z racji nieobecności ojca, zmusiła recenzja Dariusza Nowackiego.

nie zdziwiłbym się, gdyby to był już ze wszystkim koniec Neapolu

Fortunato Petrelli prowadzi zapiski z rewolty Masaniellego, przy okazji spisując losy własne i przyjaciół. Z Fortunato chodzimy po Neapolu, ukrywamy w zamkach, mieszkaniach i łaźniach, oglądamy egzekucje i palenie pieska na stosie, słuchamy motetów Don Carlo Gesualdo da Venosa, jemy placki z pommarolą. I przy okazji próbujemy zrozumieć dlaczego Maciej Hen zatytułował książkę Solfatara. Ja, przyznaję, nie za bardzo tę Solfatarę w Solfatarze widziałam. Delikatną kreską, w dodatku na bibułce, ją autor naszkicował. Dla mnie to było ciut za mało. Ja lubię dramat, barok, orkiestrę i farbę rzuconą na płótno, więc pewnie aluzji nie doczytałam, próbując ogarnąć kto jest kim i gdzie w powieści. A jest tego sporo, bo Fortunato wędruje nie tylko przez Neapol, ale też jest w Rzymie, jedzie do Paryża, zatrzymuje się w Mantui, Metzu, Ferrarze, Wenecji, Gesualdo i odwiedza nawet moje okolice zatrzymując się w Petrella Salto. Zna muzyków, dziwki, grupy teatralne, wicekrólów i zwyczajnych arystokratów oraz jeszcze zwyczajniejsze praczki. I, przede wszystkim, zna pomidory...

Ale przecież chciałoby się, by pozostał po nas jakiś ślad

Dariusz Nowacki twierdzi, że jest Solfatara powieścią szkatułkową, a ja dodaję, że w wersji light: są, co prawda puzderka i pudełeczka różnych rozmiarów, ale ustawia się je obok siebie, tak więc nie powieść wielopiętrowa, a jedynie dom jednorodzinny z sypialniami na pierwszym piętrze. Błądzić wiele nie trzeba, zapisywanie nazwisk i koligacji nie jest konieczne, da się to ogarnąć lepiej niż w Lali Dehnela czy Księgach Jakubowych Tokarczuk.

zanim je ciśniesz do ognia, spróbuj odczytać te moje gryzmolone zapiski
Z książek Henów znam jedynie biografię Boya-Żeleńskigo, więc nie trudno zrozumieć dlaczego nie załapałam, że Stefan Ligęza w Solfatarze Macieja pochodzi z Crimeny Józefa. Dariusz Nowacki, który o tym wspomina, nie precyzuje czy chodzi jedynie o nazwisko bohatera czy też o podobieństwo losów. Może to sprawdzę jeśli czasu wystarczy i jeśli Crimenę da się jeszcze gdzieś kupić lub wypożyczyć. Więc sprawdzę kiedyś w przyszłości. Dzisiaj wracam do Solfatary by posmakować język Hena. A tak jak on prawie nikt już nie pisze.  Tak twierdzi Dariusz Nowacki. I tak twierdzę ja, choć słowo memu kojarzyłam nie z zaimkiem osobowym a z rzeczownikiem meme ;) No ale Chryzostoma Paska dawno nie czytałam. Nie mniej jednak uważam, że Solfatara jest must read przed wyjazdem do Neapolu. Dlaczego must read a nie lektura obowiązkowa? Bo ja dziecko innego słownika jestem, a Pasek lekturą obowiązkową nigdy nie był ;)

Zdjęcia z Neapolu, Etny i Drezna. Tytuł postu to cytat z Dariusza Nowackiego, a podpisy pod zdjęciami pochodzą z pierwszej strony omawianej książki. 


====
Maciej Hen
Solfatara
w serii Archipelagi W.A.B, wyd. I. Warszawa 2015.

14 Aug 2015

termoobieg z rozklekotaną lodówką


Gdy chcemy zaskoczyć gości wieziemy ich do Trydentu, pierwszego większego miasta zaraz za granicą Tyrolu z Włochami, które zgrabnie łączy zgrzebne z wyrafinowanym, delikatne  polichromie zestawia z drewnianymi balkonami, ochrę z beżem, zieleń z cynobrem. Tak więc i tym razem pojechaliśmy do Trydentu by uczcić 43, urodziny A.

I.
Gdyby nie cappuccino pite na pierwszej włoskiej stacji benzynowej, roboty drogowe tuż przy granicy, mercedes z domem kempnigowym na autostradzie i dochodzenie czy na Piazza Piedicastello można parkować czy też nie, zdążylibyśmy na widowisko roku. A tak mogliśmy obejrzeć tylko rekwizyty: barierki, porzucony  kask strażacki i sterę popalonych desek. No i pokryte szarym nalotem, jak w kominku, ściany dzwonnicy.

II.

III.
Brodziło się po mieście jak w gęstej zupie. Pot spływał wzdłuż kręgosłupa i między pośladkami, łaskocząc nieprzyjemnie. Słońce świeciło mętnie zza szarawej mgiełki, a góry przypominały analogowe niewyraźne zdjęcia.


IV.
W Il Libertino (Il Libertino, Piazza Piedicastello 4/6, Trydent) było gorąco. Odlepianie się od krzesła bolało. Wychodzenie na zewnątrz nie pomagało: wiało, co prawda, od rzeki, ale nie bryza, a gorące powietrze z termoobiegu.

V.
Chłodna zupa pomidorowa i tartar z wyczuwalną nutką kaparową i cytrynową pasowały i do kolorytu krajobrazu i do termoobiegu. Wino jednak powinniśmy zamówić białe, a nie czerwone. Nie po raz pierwszy (i zapewne nie po raz ostatni) doszliśmy do wniosku, że Trydent można lubić za wiele rzeczy, ale nie za wina.

VI.
Strangolapretti w Trento to nie makaron nitki, makaron - grube sznurki, makaron - zacierki, a kredelki, grube kluchy kładzione. Grube kluchy ze szpinakiem, lekkie jak pierogi leniwe z pianą z białek.

VII.


VIII.
Pennserjoch zimny jak rozklekotana lodówka, jak rozregulowana klimatyzacja w samochodzie. W dodatku z włączonym na maksa wiatrakiem, z ulewą na horyzoncie i obietnicą burzy. W tle pobrzękiwania dzwonków krów. Łaciatych jak na opakowaniu Milki.

IX.



X.
I żeby nie było wszystko ładnie i piękne jak w reklamie rzeczonej Milki, to atmosferę zepsuł supermarket pod Merano, w którym, jeszcze rok bodajże temu, kupowałam miejscowe sery i dynie, a półki uginały się od lokalnych specjałów, teraz w ofercie ma cytryny z Argentyny, czosnek z Chin, sery - głównie standard międzynarodowy  - czyli holenderskie i niemieckie, oraz tradycyjne wypieki z dodatkiem tłuszczu palmowego (sprawdzałam etykiety). Przez supermarket przewalały się tłumy, pod delikatesami o 200 metrów pusto....

10 Aug 2015

Fred i Wilma w Jerozolimie

Matera jest taka, że idziesz, idziesz i idziesz po stepie szerokim, stepie pachnącym tymiankiem, stepie wysypanym kamieniami różnymi (nawet takimi z muszelką na nim odbitą) i dochodzisz do cięcia w ziemi. Do wyrwy głębokiej, w której pognieździły się świątynie jaskiniowe, z polichromiami i wykwitem saletry na ścianach. A po drugiej stronie wyrwy leży miasto jak z opowieści biblijnych. Białe, lub - jak kto woli - czasami biało-szare, a czasami złote.

Stoisz na Golgocie i patrzysz na Jerozolimę z filmu Mela Gibsona. I choć Mela nie lubisz za antysemityzm, a podziwiasz za kształtne pośladki, i masz po uszy informacji, gdzie co Mel kręcił, to jednak zgadzasz się, że coś z klimatów biblijnych w tej wyrwie w ziemi i szaro-białym miasteczku jest. I zastanawiasz się, czy jeśli w Materze nakręcą filmową wersję Jaskiniowców, to na menu w ulubionej restauracji pojawi się, zamiast spaghetti Mela Gibsona, żeberko Freda F.

3 Aug 2015

Matera pozdrawia (odc.1)

Jeśli masz czas na jedną wizytę południowych Włoch, to niech to będzie spacer po jednym z miast urwisk Murgii. A więc Gravina in Puglia, Massafra, Grottaglie, Mottola i przede wszystkim Matera, gdyż właśnie Matera ma wszystkiego najwięcej: największe (i najszersze) urwisko, najwięcej kościołów, największą cysternę na wodę, a przede wszystkim ma Sassi di Matera.


Sassi, czyli kamienne dzielnice, są dwie, Barisano i Caveoso, przedzielone wzgórzem na którym stoi katedra. Barisano jest nowsza, bardziej luksusowa i podobno większa. Tu też znajdują się hotele i restauracje. Caveoso, nie do końca jeszcze posprzątane, przypomina  amfiteatr, gdzie proscenium to mieszkalne jaskinie, z ulicami ciągnącymi się po dachach jaskiń położonych niżej, a thymele stanowi kościół św. Piotra. A dokładniej S. Pietro Caveoso, gdyż i Barisano ma swojego św. Piotra, choć nie tak atrakcyjnie położonego.

27 Jul 2015

z półki kuchennej

Gdyby nie Włosi po drugiej stronie Atlantyku to by Włosi w Italii wielu rzeczy nie wiedzieli o gotowaniu, gdyż otwarcie na nowości tego świata większa w Stanach Zjednoczonych jest. A jak ktoś zaistniał w USA to podbił świat. Tak można złośliwie podsumować zawartość książki Johna F. Marianiego (zbieżność nazwisk z Johnem Marianim -właścicielem Banfi  -  przypadkowa) How Italian Food Conquered the World. Książkę jednak doczytałam, gdyż - pomijając aspekt Świat to USA - wyjaśniła dlaczego tak długo kuchnia włoska w USA tak różniła się od tego, co podawano w trattoriach i restauracjach we Włoszech. A powód był prozaiczny: emigranci nie znali kuchni włoskiej, nigdy w trattorii nie byli, czytać nie umieli więc korzystać z książek - chociażby takiego Artusiego - nie mogli, gotowali  'na bogato', tworząc potrawy z marzeń o obfitości: pizza z górą dodatków, spaghetti z pulpetami, kotleciki cielęce w sosie pomidorowym zapiekane z serem, minestrone ze śmietaną i chleb czosnkowy.

Czy książkę polecam? Raczej tak, choć doczytywałam ją do końca raczej z obowiązku niż z przyjemności. Dla mnie najciekawsze rozdziały dotyczyły tworzenia się kuchni italo-amerykańskiej i powstawania pierwszych włoskich (w tym luksusowych), restauracji, notabene, już nie istniejących; nie wytrzymały naporu nowego stylu włoskiego, opartego na kuchni toskańskiej.

O tym jak wyglądało życie emigranta opowiadała mi Annamaria, jeden z jej wujków - nadal żyjący - wyemigrował z Poggio Moiano do Kostaryki . O jego historii napiszę przy innej okazji, teraz chciałabym wrócić do przeczytanych książek, a konkretniej do historii rodzinnej Mary Contini, autorki znanej w Wielkiej Brytaniii z książki wspomnieniowo-kulinarnej Dear Francesca. Idąc za ciosem, Mary spisała historie rodzinne dla drugiej córki w Dear Olivia, i właśnie ta książka mnie bardziej zainteresowała, choć miejscami proza ciężkawa, a próby wprowadzenia dialogów niekoniecznie udane. Z wioski w Ciociarii (a więc z wioski w moim Lacjum) dziadkowie Mary i jej męża trafiają do Edynburga, otwierają delikatesy, kawiarnię, fascynują się planami Mussoliniego lub nie (część rodziny niechętnie patrzy na Wodza), wpłacają oszczędności do banku związanego z faszystami by je stracić gdy prezes banku spakuje walizki i wyjedzie, i wszyscy po równo, tak zwolennicy jak przeciwnicy Mussoliniego, cierpią gdy po wybuchu wojny sąsiedzi demolują im sklepy, a synowie i mężowie zostają internowani.

Z przyjemnością przeglądam w Valvona and Crolla, książce kucharskiej Mary Contini. O początkach rodzinnych delikatesów Valvona and Crolla dowiedziałam się z Dear Olivia, ale przepisy i powojenną historię miejsca dopowiada właśnie książka kucharska. No i znalazłam w niej kilka ciekawych przepisów; baccala z cieciorką i kartoflami, zupa z kasztanów, pasztet cieciorkowy, zielona zupa pietruszkowa z jajkiem w koszulce albo zielona grochówka z ricottą i ogórkiem. Zdjęcia M. Brigdale przypominające klimatem to co robi Steven Joyce i Chris Terry.

A więc w sumie warto było Valonę and Crollę kupić, choć najulubieńszą od strony kulinarnej jest przywieziona z Sycylii dwujęzyczna (włosko-angielska) Sicilia in cucina. The flavours of Sicily. 80 przepisów, dużo zdjęć, w tym sporo reportażowych. Na końcu książki znajdują się opisy najważniejszych ziół i przypraw, kilka adresów oraz lista win sycylijskich. Jest to, co prawda, zestawienie największych producentów, ale zawsze to lepsze niż nic. Mówiąc krótko - porządne wprowadzenie do kulinariów Sycylii, stojące na półce między Commissario Montalbano* a Made in Sicily. Książki i filmy o Sycylii zawsze trzymają się razem. Jak na Sycylijczyków przystało.

* szukałam ulubionej sceny, tej z cannoli, ale nie znalazłam wystarczająco dobrej.

19 Jul 2015

Husaria pod Gnieznem


Czułam się w Poznaniu jak w Abruzji. Stwierdzenie to kompletem nie jest, gdyż odbudowa prowincji L'Aquilla zaczyna i kończy się na betonowych rondach, drogach prowadzących donikąd i betonowych centrach handlowych. Powszechnym jest przekonanie, że za betonowaniem stoją układy mafijne, zaś z pieniędzy na odbudowę (której końca na razie nie widać) można by wystawić przynajmniej dwie L'Aquille i okolice. A na poprawienie infrastruktury wystarczyło też by pewnie zostało.


A co w takim razie stało się z Poznaniem? Mafia włoska dotarła, czy prowadziła szkolenia? Trudno przyjąć że jedynie głupota pozwoliła na wydanie pozwolenia na wciśnięcie następnego centrum handlowego na Półwiejską, na której jednym końcu jest Stary Browar, a  dwa inne na drugim.

No i betonowe pole pod hangarem zwanym centrum handlowym przy Dworcu Głównym, za to z misterną siateczką chodników, schodków, rozjazdów ścieżek rowerowych, kilkunastu drzewek w ramach tworzenia terenów zielonych, za to ze sprytnie zakamuflowanym zejściem do dworca PKS.

Pewnie były niezagospodarowane fundusze na rewitalizaję,  więc można było rozwinąć się twórczo, szalejąc w betonie. Ciekawa jestem ile te betonowe wizje kosztowały Urząd Miasta i kto zadba by za lat kilka przejścia, kładki, ścieżki, schody nie przypominały Domów Centrum z łuszczącą się farbą na skądinąd atrakcyjnych stropach przejść i przejazdów ?



Kulinarnie Poznań okazał się nieporównywalny. Przez dwa dni żywiłam się koktajlami alkoholowymi i lodami (polecam Kolorową vis a vis Okrąglaka. Robi świetne lody mascarpone+czarna porzeczka), z jednorazową przerwą na dobre fish'n chips z Ę Rybę. Przyznaję jednak, że na starcie zawęziłam kryteria rezygnując z hipsterskich lokali z leżakami pod ścianami oraz z trattorii i restauracji uzdatniających spaghetti aglio, olio, peperoncino dodatkiem pesto oraz tych serwujących autentyczną carbonarę z autentyczną śmietaną.

 
Dwa dni w Poznaniu przesiedziałam w księgarni Bookarest. Za gorąco w Poznaniu było, za bardzo bolały mnie pęcherze na stopach, i za bardzo bolało serce.

======
O książkach z Bookarestu napiszę niebawem. Na Husarię pod Gnieznem zapraszał plakat wywieszony na ścianie hali Targów.

======
Włoszczyzna solidaryzuje się z pospolitym ruszeniem, czytała nawet Wannę z Kolumnadą i zapłakała nad Źle Urodzonymi oraz niedobitkami modernizmu opisanymi przez Christiana Kereza

14 Jul 2015

nie ma jak wojna o ołtarz pokoju

Najpierw było pytanie iść czy nie na via Lungotevere. Niby sławny ołtarz, ale pogański; niby pracowicie poskładany przez Giuseppe Morettiego i Giuglielmo Gattiego z wygrzebanych kawałków, ale postawiony  w nowym miejscu, wybranym z powodów, że tak powiem, ideologicznych lub, jak kto woli, prestiżowych.


Stał  bowiem dawnymi czasy Ołtarz Pokoju, Ara Pacis Augustae, na Polach Marsowych, polach wojennych, ale od czasu gdy Moretti wygrzebał wszystkie brakujące kawałki (pierwsze fragmenty Ara Pacis znaleziono już w Renesansie) spod tybrowego szlamu, wiadomo było że Ołtarz gdzieś trzeba z powrotem postawić. Brano pod uwagę pierwotne miejsce - Campus Martius; zastanawiano się również nad Via dell'Impero, obecnie Via dei Fori Imperiali. W końcu jednak Mussolini zadecydował, że Ołtarz Pokoju najlepiej odnajdzie się na Piazza Augusto Imperatore i doda cesarskiego sznytu planowanemu mauzoleum, w którym miał spocząć Benito Amilcare Andrea Mussolini.



W roku 1937 i 1938, gdy Moretti i Gatti otrzepywali ze szlamu wygrzebane kawałki i sklejali z nich Ołtarz Pokoju, budowlę wokół niego projektował Vittorio Ballio Morpurgo, z ojca Morpurgo i Żyd, z matki Ballio i chrześcijanin.

Te 50% żydowskiego pochodzenia sprawiły, że zrezygnowano z planów Morpurgi i projekt poprowadził ktoś inny. Kto? Trudno dzisiaj powiedzieć, ale zarzucono pierwotny pomysł na arkady (miały być trzy), zaś trawertyn zastąpiono odpowiednio pomalowanym cementem, położono szklany dach i wstawiono wielkie okna. Nie wyglądało to źle, choć w czasie bombardowań Rzymu okna zasłonięto czterometrowym murem. Mur zniknął na początku lat 70., a faszystowskie opakowanie Ara Pacis w 2006 roku całkowicie rozebrano. Powodem (lub, jak kto woli, pretekstem) do wyburzenia pamiątki po Mussolinim był cieknący dach i miserny stan cementowej konstrukcji. Rozpisano konkurs.

Wygrał Richard Meier, ten od siedziby urzędu miasta w Hadze i wioski Lido di Jesolo. I jak to u Meiera, nowe ubranko dla Ara Pacis uszył bardzo białe, bardzo szklane i, jak się wkrótce okazało, bardzo kontrowersyjne. Nie podobało się Vittorio Sgarbiemu, który porównał obiekt to stacji benzynowej lub innego autogrilla; nie podobało Nicolai Ouroussoffowi z NYT. Stwierdził, że nowa Ara Pacis jest  tak samo bezsensowna jak jej faszystowska poprzedniczka, stanowiąca oderwany od stylu i atmosfery miasta przykład architektury, której głównym założeniem jest autopromocja jej twórcy.


Nowa Ara Pacis tak się nie podobała Alemanno, że obiecał  ją zburzyć gdy tylko znów zostanie burmistrzem Rzymu. Dziwne to trochę, gdyż Ara Pacis Meiera nawiązywała do projektu Morpurgo, a wiadomo że Alemanno miał powiązania z neofaszystami (z Berlusconim również :)) więc architektura racjonalistyczna nie powinna mu być ideologicznie obca (jakby nie było, stała się kanonem we wczesnym faszyźmie i komuniźmie), zwłaszcza że Meier zachował travertynowy piedestał z projektu Morpurgi i  nawet zaprojektował długą ścianę, być może na wzór i podobieństwo tej chroniącej ołtarz przed szrapnelami; potem ją usunął, twierdząc że zmiana otworzy plac na Tybr. Argument ciut na wyrost, gdyż na Tybr Ara Pacis się otworzy, gdy w końcu powstanie zaprojektowany przez Meiera taras. Na razie jedyną namiastką rzeki jest woda w fontannie i cienka firanka wody lecąca po trawertynowej ścianie.

Przeczytałam kilka wypowiedzi Meiera o projekcie Ara Pacis. W żadnej z nich nie powiedział o nawiązywaniu do projektu Morpurgi i nigdzie nie wytłumaczył o co z tą wodą chodzi. Czy ma być to poetycka aluzja do akweduktów, czy też raczej do rzeki, która ukryła ołtarz? A może zwyczajnie chodzi o przypominanie, że lepiej iść się wysikać w muzeum.....

================
  1. Nam się linearność Ara Pacis podobała. Nie nawiązywała co prawda do architektury otoczenia, co miał budynkowi za złe wspomniany Ouroussoff z NYT, ale inteligentnie interpretowała historię budynku, a sam projekt, zgodnie z zaleceniami i Rybczyńskiego i Rassmussena, okazał się czytelny i przyjazny użytnikowi, czyli mnie.
  2. O ile Ara Pacis nadal budzi kontrowersje, to nie trafiłam jeszcze na niepochlebne opinie o innej rzymskiej realizacji Meiera - kościele jubileuszowym zwanym również  Chiesa di Dio Padre Misericordioso.

Museo dell' Ara Pacis
Lungotevere in Augusta (angolo via Tomacelli) 
00186 Roma

godziny otwarcia:  cały tydzień 9.30-19.30
24 i 31 grudnia od 9.30 do 14.00; zamknięte w Nowy Rok, 1. maja 25. grudnia. 

Bilety: 10,50 i 8,50 (tylko Ołtarz, więcej za inne wystawy)