17 Nov 2014

śmieć czyli sztuka

wystawę poświęconą wysypisku śmieci nazywanego morzami obejrzeliśmy w Gandawie. Pod ścianami w przejściu do nowej części budynku wysypano kanistry, doniczki, buty, rury, pudełka, nakrętki, siatki. Czyli wszystko to, co wyrzucamy. Przyznaję, że się przestraszyłam tych zwałów. I przestraszyłam się zdjęć ciemnookiej foki zaplątanej w czerwone zwoje siatki. A potem obejrzałam sztukę, która wykorzystaje śmiecie. A więc ukwiały z plastikowych butelek, kosze plecione z kabelków, lampy z nakrętek, żyrandole z plastikowych skrzynek i biurko z książek. Zwłaszcza ukwiały zrobiły na mnie wrażenie i choć nie zapisałam nazwiska autora. to pamiętam że brzmiało włosko.


No i pytanie czy jest ruch upcyclingowy i repurposing we Włoszech? I nie mówimy tu o wczesnochrześcijańskich wstawianiu kawałków rzymskich fryzów w ścianę kościoła, przerabianiu sakrofagów na poidła dla zwierząt czy też sadzenie bazylii w puszkach po pomidorach (lub robienie bramy wjazdowej na posesję w ram łóżek)  a o czymś w rodzaju śmieciowego odpowiednika ruchu slow-food.

FromSomewhere, Macs Design i Andrea Mancini
 No więc jest. Chociażby taki Massimo (Macs) Furlan i cała plejada architektów wnętrz. Albo, a może nawet przede wszystkim, jest Orsola de Castro. To ta, która tworzyła ruch sustainable living. Jako jedna z pierwszych (a może nawet pierwsza?) projektowała z myślą o wykorzystaniu kawałków tkanin. I nie mówimy tu o zgrzebnych jestem-pustelnikiem-i-w-butach-nie-chodzę lnianych szarawarach i kaftanach, a o zgrabnych, przylegających do ciała kolorowych sweterkach. Minispódniczkach z wstawianymi klinami z kontrastującej tkaniny. Od 1997 roku Orsola de Castro ma własną markę FromSomewhere. Już wiem czego będę w grudniu szukać. Sweterka Joleen. Tego z rękawkami w romby. I jeszcze kupię sobie stolik. I obraz. Koniecznie obraz. Lubię ten nowy impresjonizm z oponam. Andrea Mancini (nie mylić tym innym Andreą Mancinim, tym kopiącym piłkę). Czemu nie....tańsze i lepsze od Mitoraja :)


Więcej informacji:
Museum of Design, Gent i No Design to Waste
o Andrea Mancini
o Ricambi Originali Massimo Furlana

9 Nov 2014

szwedzkie buty

W przerwie między prosciutto z figami a bruschettą Viktor dziękował wiosce za dziesięć lat. A ponieważ jest prokuratorem, więc mówił tak pięknie, że i mężczyznom zaszkliły się oczy. Kobiety już wtedy chlipały, gdyż niezależnie od umiejętności oratorskich, Wiktor jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną. I w dodatku doskonale ubranym. Jak Włoch, powiedziała Marcella wyciągając chusteczkę do nosa z vuittona.

Jeszcze nie zebrano talerzy z resztkami sosu grzybowego, gdy odezwał się Gino. Mówił pięknie, choć jest murarzem, dziękował Viji i Patrikowi za dziesięć lat i wznosząc toast za przyjaźń włosko-szwedzką, przypomniał że Szwedzi mecz piłki nożnej wygrali tylko dzięki obecności Leonardo, syna Annamarii i Stefano, który grał w szwedzkim ataku. Vittorio, którego nie należy mylić z Viktorem, podziękował za opiekę nad domem, który kiedyś należał do jego rodziców.

dachowe cztery pory roku

Po tiramisu Gino zaproponował zaoranie Monteleone. Pewnie byśmy i poszli z pługami, gdyby nie to, że parno było i za daleko. Więc miast wyrównywania rachunków z siedzibą gminy, dyskutowałam z Vittorio o wartościach rodzinnych, a za moimi plecami Gino próbował nucić Lily Marleen, choć jego niemiecki jest na poziomie włoskiego prezentowanego przez JC ;)

Wieczór zakończyliśmy na patio domu Viji i Patrika. Sącząc cesanese, dyskutując o prawie i sprawiedliwości z Viktorem i wirtualnie gotując ossobucco idealne. Gdyż trzeba wam wiedzieć, że Viktor jest również świetnym kucharzem. Jak Włoch :)

=====
do zaorania (zdaniem Gino)

Tamtej lipcowej soboty dom Viji i Patrika nie był już ich domem. Od tygodnia należał do innych Szwedów, tych mówiących po polsku. Którzy pewnie mili są. Więc w grudniu pewnie wypijemy razem butelkę wina, może zaprosimy się na kolację. I pewnie przez cały wieczór będziemy patrzeć pod stół, sprawdzając  jak wyglądają w butach po Viji i Patriku.

W butach po Viji i Patriku człapać będziemy i my, cudzoziemcy z najdłuższym stażem w Ginestrze. 

6 Nov 2014

prawie noc choć południe


quest’anno non ci sono olive, la stagione è già finita, sugli alberi non ci sono frutti , il mulino non apre perché nessuno ha olive da portare, pisze mi Annamaria.

A ja mam w domu ostatnie trzy litry oliwy. NIe wystarczy na 365 dni gotowania. W grudniu przywdzieję tragiczną maskę pójdę po prośbie: Gina, Leonilde, Renato...Jeśli nie, to całą nadzieję pokładam w Apulii i Campanii, ewentualnie w Sycylii. Wezmę każdą oliwę, nawet z ubiegłego roku. Sezon się kończy, a na na drzewach nie ma owoców.Szkoda, że Annamaria nie pisze jak Dante :)

nieobecni mają rację
Czy określeśnie tragedia dantejska może odnosić się do oliwek? I czy plaga egipska jest plagą dantejską? A plagę mamy: niemieckie radio sugeruje, że za brak oliwek odpowiada bliżej nieokreślony pasożyt, zaś La Stampa obwinia pogodę. Annamaria dopisuje forse anche noi dovremmo comprare l’olio al supermercato. Chyba i my będziemy musieli kupować oliwę w markecie. Czy się psychicznie z tego podniesiemy? Mówię wam, jak nie Dante to przynajmniej Joanna Bator ;)

3 Nov 2014

nekrolog postmodernistyczny

Sadomaso
Miesiąc temu zmarł Igor Mitoraj, ten co to Erosa Spętanego na Rynku w Krakowie położył.  O Mitoraju różnie się mówi, jedni osądzają go od czci i wiary, bo ckliwy bardzo i mało odkrywczy, inni doszukują się wartości duchowych i Palca Bożego. Więc i ja coś od siebie dodam, bo Mitoraj we Włoszech popularny jest bardzo i można się wybrać na wycieczkę objazdową śladami poprzetrącanych mitów co to 'krytykują nowoczesność'. Marszruty układać nie będę, nie mniej jednak polecam spacerek po sztuce użytkowej z herosami, ikarami i włóczniami na ziemi włoskiej. Rozgryzanie ich przesłania mózgu nie przegrzeje, a że ładne i niekontrowersyjne, więc popatrzeć można, zwłaszcza że atrakcyjnie zaprezentowane. Jakby nie było, artysta osobiście wybierał lokalizację godną jego bronzów i marmurów.

Mitoraj bardzo nowoczesny

Od tyłu
Sam Mitoraj nie lubił tych wszystkich nowoczesnych projektów artystycznych, krytykował obieranie kartofli pod ścianą w galerii, pewnie też nie przepadał za Pawłem Althamerem i Zbigniewiem Liberą, bo ich dzieła mało duchowe są i w dodatku nieatrakcyjnie krytykują współczesność. Lego Obóz Koncentracyjny ładny nie jest, to fakt. Hitler na kolanach (Maurizio Catellan) też godzi w Palec Boży.  Lepiej następnemu Ikarowi skrzydełko naderwać, czyli pogłaskać widza, dać lizaka, powiedzieć, że zgrabne pośladki herosa  to kontestacja. I wszystkim od razu miło, niektórzy nawet poczują się dowartościowani, że tak dobrze rozumieją trudną sztukę. I tym przyjemniej jest gdy na ścianach graffiti w ostrych kolorach i gołe dupy sprzedające ubezpieczenie na życie.


Zbiorowo
Nie wiadomo jak to będzie z tym zaludnianiem przestrzeni publicznej herosami i bogami po śmierci artysty. Miał on, co prawda, wielki warsztat i grupę uczniów, ba, twierdzi się nawet, że ostatnie dzieła to wysiłek czeladników a nie mistrza, ale czy wolno im będzie powielić ikara z małym siusiakiem? To zależeć będzie od tego ile się na tym da zarobić. Bo, umówmy się, sztuka to  komercja. Ale, jakby nie było, Michał Anioł też rzeźbił za pieniądze :)

i głośno

W przypadku Mitoraja można się pokusić się o metaforę niedopowiedzianego mitu, fragment jako nośnik całej opowieści, oko 'dorysowywujące' brakujące elementy. Ale niedorysowywanie całości to akurat nie Mitoraja zasługa, stosuje się tę technikę powszechnie w szkicach, rysunku reklamowym..itd. Tak więc nie dopisujmy Mitorajowi więcej niż potrzeba. Sprawność techniczna to też zaleta.

Pochodze z Krakowa, miasta Mitoraja i pisze tylko to co mowia sami krakowianie. A oni twierdza ze jego sztuka jest trudna. Laczy on antyk z nowoczesnoscia co niektórych razi. Jednak coraz więcej osób w Polsce zaczyna się do jego dzieł przekonywać (wypowiedzi z forum Włochy)
Monika Skarżyńska: ...rzeźby Mitoraja frapują nie tylko dlatego, że możemy dzięki nim odnaleźć cząstkę swej duszy – odmienną od innych, jak element puzzli pasującą tylko do naszego wnętrza. Wytrącają one bowiem z błogostanu życia w dostatniej cywilizacji. Mieszkańcom takiej metropolii jak Paryż olbrzymia, ustawiona na wysokim postumencie głowa umiejscowiona na tle błyszczącej setkami okien nowoczesnej architektury w dzielnicy La Défense każe się zatrzymać w codziennym biegu. Obojętność przerywa widok szpecącej gładką skórę prawego policzka prostokątna wyrwa. Choć ma geometryczny kształt, zdaje się niczym ślad po otrzymanym ciosie. Od bliźniego? Od losu? Ten rebus – nawet jeśli dość banalny – Mitoraj, podobnie jak w innych przypadkach, pozostawia do rozwiązania przechodniom. Ów „intelektualny chwyt” artysty można postrzegać jako zaproszenie do wewnętrznego dialogu z samym sobą. To, jak będzie on przebiegał, zależy od zakamarków duszy danej osoby. Najważniejsze, że artysta zadbał, aby usytuować rzeźbę (a stara się mieć wpływ na wybór tła dla swych monumentalnych dzieł) w centrum miasta. Bo właśnie tam najskuteczniej przez filozoficzną wymowę swego dzieła wyrywa ludzi ze złudzenia, że wśród zachodnioeuropejskiego zbytku i luksusu nie ma śmierci czy kresu.
Iga Woszy: Rzeźba Mitoraja przedstawia portret krakowiaka – poobijanego pijaka, który się przewrócił. Jej celem jest odmitologizowanie pięknego królewskiego miasta Krakowa, które jest miastem zwykłych ludzi. 
Justyna Napiórkowska: Doskonałość u Mitoraja nosiła skazę. Piękne sylwety postaci zaczerpniętych z mitologii zawsze znaczone były jakąś rysą.
Ten znak niedoskonałości, to pękniecie tworzyło do piękna dystans. Objawiało się jak widmo  ciążącej na człowieku fizyczności, za którą- po drugiej stronie piękna ukazywał się także ból. Objawiała kruchość.

Michał Murawski: Igor Mitoraj specjalizuje się w wypełnianiu rzeźbami przestrzeni publicznej oraz pół-publicznej na całym świecie (skwery, place, siedziby instytucji edukacyjnych czy międzynarodowych, niekiedy prywatnych korporacji oraz centrów handlowych). Jego prace są z reguły technicznie dobre oraz z założenia „odważne”, „rzucające wyzwanie” swoją tematyką i formą. Mitoraj bardzo lubi na przykład przedstawiać wielkich bohaterów antycznych mniej lub bardziej pokrojonych na kawałki, skonfundowanych i generalnie rozciapanych. Według artysty takiego rodzaju gesty twórcze są niezwykle odważne i pozwalają doświadczającym ich uświadomić sobie różne oblicza ich ludzkiej słabości, niedoskonałość, złożoność i tak dalej.
Większość prac Mitoraja, w tym również rzeźbę na krakowskim rynku, można opisać jako sztukę, która podoba się szerokiej rzeszy odbiorców i służy jako fajne tło do zdjęć, bo można se wsadzić głowę do dziury po wydłubanym oku. Odbiorcy rzeźb najczęściej pozostają obojętni wobec niesionych przez nie treści, za to zauważają, że miejsce, które eksponuje tak porządne eksponaty musi być całkiem „europejskie”, „rozwinięte”, „prestiżowe” i w ogóle poważne. Dodatkowo, Polakom się podoba, że Mitoraj jest ich rodakiem z pochodzenia, co znaczy, że chociaż nasi przegrali mecz z Hiszpanią 6:0 to przynajmniej nasz chłopak potrafi robić ekstra rzeźby i do tego są one wcale niemałe.
Rzeźby Igora Mitoraja są z reguły odlewane w kilku kopiach i niepowiązane z kontekstem przestrzennym – ale to właśnie kontekst, w którym stoją nadaje im „znaczenia”. Rzeźba Mitoraja na Rynku Głównym w Krakowie funkcjonuje więc jako pozornie kontrowersyjny a faktycznie neutralny, efektowny gadżet próżności municypalnej. Rzeźba pierwotnie miała stanąć między dworcem PKP a znajdującym się obok centrum handlowym (nie stało się tak, ponieważ artysta zaprotestował, mówiąc, że nie chce być kojarzony z centrum handlowym „które może zbankrutować”, mimo to jego rzeźba zdobi na przykład Stary Browar w Poznaniu). Tam Eros rozciapany-zabandażowany przesunięty byłby z kolei kontrowersyjnym a faktycznie neutralnym, efektownym gadżetem próżności municypalno-komercyjnej. Sama treść dzieł Mitoraja jest prawie całkowicie irrelewantna i stanowi kamuflaż ideologiczny wprowadzający symulowane warstwy znaczenia i kompleksowości w dzieła, które są kompletnie pozbawione refleksji i stworzone dla celów prestiżowo-zarobkowych. 

wypowiedzi Igi Woszy i Michała Murawskiego ze strony Biura Tłumaczeń Sztuki, Justyny Napiórkowskiej z jej blogu o sztuce, Moniki Skarżyńskiej z blogu Życie Duchowe.

Autoerotyka czyli wywiad z Mitorajem w Polityce i nekrofilia Piotr Szarzyński o Mitoraju, Telegraph, La Stampa, Gość Krakowski, poszukiwanie grobu Maestro w Toskańskich Zapiskach Spełnionych Marzeń

na zdjęciach graffiti z Rzymu i Neapolu oraz mały siusiak Ikara z Doliny Bogów w Agrygencie

23 Oct 2014

na trzy zdrowaśki do pieca

do podjęcia tematu ricotty zmotywowała mnie Buruuberii blogująca na Makagigi i 55 Pierników, pisząc o starym białym serze, a podany przez nią przepis pasuje, jak w mordę strzelił, do przepisu na soloną ricottę, choć ricottę warzy by się z tego, co zostałoby po zrobieniu białego sera, czyli z serwatki.


3 razy ta sama pieczona ricotta
 1.
Oczywiście najlepszą ricottę robi Lacjum. I choć oficjalnie mówi się o ricottie rzymskiej, to najlepsza pochodzi z Sabiny i Ciociarii (górzyste okolice Fucci i Piglio), czyli regiony w których nadal wypasa się owce. Gdyż wszystkim wiadomo, że jak ricotta to tylko z mleka owczego.

2
Nadzienie do ravioli to obgotowane liście buraka, dziki majeranek i owcza ricotta. Liście buraka można zastąpić szpinakiem lub innym zielskiem znalezionym na łące, zamiast majeranku dodać oregano lub mentuccii, ale nigdy przenigdy nie wolno zastąpić ricotty owczej tą robioną z krowiego mleka.

Więc ravioli robimy od listopada do czerwca.  Latem ricotty owczej nie ma.

3.
Pewnie z tego samego powodu sycylijskie cannoli to deser, który je się przez 9 miesięcy w roku, ale nigdy latem.  I najlepsze cannoli nadziewane są ricottą owczą. Lub kozią. Gdyż najlepsza ricotta, wbrew temu co opowiadają w Lacjum, może też być z koziej serwatki.


4.
Robiłam ricottę z sąsiadką. Podgrzewałyśmy serwatkę, z której wytrącały się grudki białych szumowin. Ktoś na forum napisał, że pewnie sąsiadka dodawała podpuszczkę.

Wyczytałam, że ricotta robiona jest bez podpuszczki. Czasami dolewana jest odrobina mleka lub trochę soku cytrynowego w celu przyspieszania koagulacji.

5.
Montalbano i cannoli (z odcinka Il campo del vasaio)


W Palermo, w barze tuż przy porcie, starszy pan zamówił nie cannolo. gdyż mieliśmy drugą połowę czerwca i na cannolo było już za późno, a małą casatę. Wgryzł się w nią, a potem oblizał palce. Widąc, że się mu przyglądam z zainteresowaniem, spytał skąd pochodzę. Na odpowiedź, że z Polski i Ameryki via Holandia, powiedział że to dobra kombinacja i zaprosił na granitę kawową. Koniecznie z bitą śmietaną.

6.
Świeża ricotta przypomina smakiem bitą śmietanę. I nie pomaga dodawanie soku cytrynowego, kandyzowanych owoców lub posypywanie kawą. Dla mnie jest ricotta jest bez smaku, co mój znajomy od granity kawowej podsumował: ma pani niewyrobione kubki smakowe.

7.
Może i tak, choć ze wszystkich ricott których nie lubiłam, najbardziej smakowała mi ricotta z Posta. Posta leży wysoko w górach, na granicy z Abruzją, ma masę pastwisk i owiec.

Ricottę z Posta kupuje się po znajomości od zaprzyjaźnionych pasterzy. Albo od przyjaciół, którzy mają zaprzyjaźnionych pasterzy. I wtedy sos z ricotty do makaronu, specjalność Sabiny, smakuje jak nektar. Ricotta z Posty smakuje też, gdy poleje się ją aromatycznym miodem. Gryczany byłby dobry, ale kasztanowy jest lepszy.

8.
Gotowe grudki ricotty wkładałyśmy do plastikowych koszyczków, które zastąpiły koszyczki wiklinowe. Reszta narzędzi potrzebnych do produkcji była jak kiedyś: cedzak z długą rączką, gar nad paleniskiem, koszyczki na stole. Wszystko tak jak na miniaturze z roku 1460.

Pierwsza ilustracja z produkcji ricotty pochodzi właśnie z roku 1460. Książka nazywa się Tacuina (lub Tacuinum) Sanitatis i jest przedrukiem (jeśli tak można nazwać ręczne kopie) najpopularniejszej księgi średniowiecza traktującej o zdrowym odżywianiu.

Trudno powiedzieć, która z miniatur z wielu Tacuinum Sanitatis uznawama jest za pierwszą ilustrację produkcji ricotty: czy ta w ciepłych odcieniach ochry czy może ta malowana błękitami i szarościami?

9.
Zresztą, nie jest to w tej chwili istotne. Na wspomnianych miniaturach w lewym dolnym rogu siedzi mężczyzna, w miseczką w jednej ręce i chochelką w drugiej. Pewnie je ciepłą jeszcze ricottę. Czyli je coś, co na Sycylii nazywają ricotta ccu sieru. Ricotta w sosie własnym :)


10.
Dizionario delle Cucine Italiane zna ricottę alla fuscella, czyli prosto z wiklinowego koszyczka, kremową i o delikatnym smaku, ricottę forte, kwaskową jak nasz polski biały ser, i ricottę marzotica, marcową ricottę owczą. Ricotta forte i marzotica to specjalność Apulii.

11.
Umbryjskie Gubbio odsącza ricottę, otacza w mące i rozmąconym jajku a potem smaży na gorącej oliwie. Jak kotlet.

12.
W Novara di Sicilia kupiłyśmy z Annamarią ricotta infornata, pieczoną w piecu. Starta na tarce nadaje się do posypywania makaronów. Idealnie komponuje się z warzywnym risotto, a jeszcze lepiej z polentą.

13.
Do kolekcji ricott tego świata brakuje mi jedynie ricotty z Abruzji. Aromatyzowanej dymem z jałowca,  ricotta al fumo di ginepro. Z okolic Anversa d'Abruzzo.

14.
Ricotta infornata pieczona jest przez 30 minut w piecu chlebowym przez 30 minut. Nadaje się do spożycia po 24 godzinach. Nie trzeba jej przechowywać w lodówce, można ją trzymać na zewnątrz, pod warunkiem że jest w woreczku lnianym, a nie w folii plastikowej.

12 Oct 2014

zen w Alto Savio


Powiedzenie że to droga a nie cel się liczy, wymyślił to ktoś, kto nigdy nie spieszył się do Ginestry, nie klął na ciągnące pod górę auta z domkami kampingowymi na smyczy i nie rzucał kurwami przy zjeździe z autostrady, gdy jeden z drugim po 20 minutach stania w kolejce już przy kasie zaczynał szukać porfela po całym samochodzie. Oczywiście jeśli się jest mistrzem zen to podchodzi i dziękuje bliźniemu, że dzięki niemu można dłużej podziwiać zachód słońca nad Apenninami.

Ale nawet jeśli się nie jest mistrzem zen, a limit kurw i alfonsów wyczerpał się gdzieś w okolicach Modeny i w dodatku po 6 godzinach za kierownicą nienawidzi się ludzkości, a tej z kamperami w szczególności, to Alto Savio jest potrzebne. Alto Savio poprawia samopoczucie. Raz, że jest tuż przy zjeździe z SS4bis.  Dwa, że chyba nikt w okolicy nie podaje lepszych prawdziwków. Te z Alto Savio otoczono w delikatnym cieście i wrzucono na głęboką oliwę. Czy jedliście cielęcinę z grilla? Taką lekko przerośniętą tłuszczykiem, chrupiącą, aromatyczną, posypaną solą gruboziarnistą? A do niej pieczone pomidory ze 'skórką' bułki tartej. I jeszcze cebulki pieczone, podlane balsamico? Do pełni szczęścia brakuje jedynie możliwości wypicia całej butelki a nie jedynie pół litra miejscowego sangiovese (czy wiesz, że Romagna robi bardzo dobre wina?), ale my specjalnie narzekaliśmy. To znaczy nie narzekałam ja, bo JC pić nie mógł. Przegrał rzucanie monetą i na niego padł dyżur za kierownicą.

Alto Savio poleciła nam właścicielka Locandy Gambero Rosso, gdy zmęczeni drogą, kamperami, niedzielnymi, sobotnimi i piątkowymi kierowcami na austriackich, niemieckich i szwajcarskich papierach, postanowiliśmy zatrzymać się na kolację w Bagno di Romagna, właśnie w Gambero Rosso. Ale oni tego sobotniego wieczora podawali menu degustazione, więc przeesemesowano mi a numer telefonu do Alto Savio: tradycyjna kuchnia, warto do nich pojechać.  I tak jadąc na Viji i Patrika ostatnią wieczerzę w Ginestrze, poznaliśmy nie tylko źródła Tybru kapiące z Monte Fumaiolo, ale też doskonałe miejsce na piątkową kolację i niedzielny obiad. W niedzielę, choć restauracja pękała w szwach i przygotowano nam tymczasowy stolik w barze, wgryzaliśmy się w królika pieczonego z ziemniakami oraz siorbaliśmy flaki na modę florencką. Wszystko aromatyczne, akuratnie przyprawione, podlane dodatkowo następnym półliterkiem miejscowego sangiovese. Do domu, kompletnie zen, dojechaliśmy na luzie. Nie wiem jedynie czy to zasługa obiadu w Alto Savio czy braku kamperów na niemieckich, austriackich lub szwajcarskich blachach na Brennero.


Trattoria Alto Savio
Via Battistini 74
loc. S. Piero in Bagno
47026 Bagno in Romagna
tel. 0543/903397
otwarci również w niedzielę na obiad

29 Sep 2014

montalbano sono

Lubicie krzesła? Bo ja bardzo. A właściwie MY bardzo je lubimy. Można nawet powiedzieć, że krzesła kolekcjonujemy. Ustawiamy je pod ścianami jak w poczekalni u doktora lub eksponujemy jak rzeźby.

O większości kolekcji mogę opowiadać godzinami: kto, kiedy, z czego i dlaczego. O innych wymarzonych krzesłach też. Z wyjątkiem krzeseł włoskich. O tych wiem niewiele z prostego powodu: są kundlami niewiadomego pochodzenia. I choć niektóre z nich należą do klasyki, niewiele o nich wiadomo. Chociażby meble takiego Carlo Mollino. jedne z najdroższych ze wszystkich vintage-ów tego świata, zaprojektowane specjalnie do wnętrz i produkowane w śladowych ilościach w małych warsztatach. Do tej pory nie udało się specjalistom stalić nazwiska rzemieślnika(ów). I chyba już nigdy nie będziemy wiedzieli kto wyginał sklejkę podtrzymującą szklany blat ławy z roku bodajże 1949.


O carlo mollino do naszej kolekcji możemy jedynie pomarzyć, ewentualnie zapłacić siedem tysięcy z kawałkiem na współczesną wersję biurka Cavour wypuszczoną na rynek przez Zanottę (notabene, najprawdopodobniej robioną w Polsce), ale mamy w Ginestrze krzesło z podłokietnikami, które - jak sprzedawca twierdził - należało do wczesnej kolekcji Kartella. Przez lat kilka siedzieliśmy więc na oryginalnym Kartellu, z czasów, gdy kartelle robiono z drewna a nie z plastiku :) Iluzję ekskluzywności rozwiała korespondencja Kartellem twierdzącym, że nigdy nie robili nic z drewna. I tak od wiosny tego roku, siedzimy na krześle Pamplona, zaprojektowanym przez Augusto Savino dla Pozzi. Nadal jednak nie wiem nic ani o Augusto Savino ani o Pozzi, udało mi się ustalić, że pamplony robiono z olejowanego lub lakierowanego drewna, na przykład orzecha, a siedzisko obciągano skórą. Nasze krzesło pociągnięte jest białą farbą olejną i obite szaro-oliwkowym welwetem. Czyli mamy kundla, który nawet przodkami z rodowodem nie może się poszczycić. W sumie pasuje do nas, i pasuje do Ginestry, gdzie kundli jest co niemiara.
ja, brunetti-montalbano
 
Jak na inspektorkę Montalbano przystało, wyśledziłam książkę o historii włoskich mebli. Mogę ją kupić jedynie z drugiej ręki za dwa tysiące euro. Niestety, w policji niewiele płacą, więc książki Montalbano mieć nie będzie. No i wcale nie jest powiedziane, że byłoby w niej cokolwiek o Augusto Savino, Pozzim i Pamplonie :)

9 Sep 2014

poplątane włoskie nici


to ja sobie stanę
Już tak mamy, my ludzie, że każdego kręci coś innego. Na przykład taki Leopardi; nie mógł się doczekać by uciec z domu rodzinnego w Recanati, a ja do jego domu mogłabym się wprowadzić choćby od jutra. A jeszcze lepiej do domu w centrum Osimo, które trochę bardziej mi się podobało i miało dodatkowy plusik za położenie bliżej Ostra Vetere, w której Bucci rozlewa do butelek jedno z najlepszych białych win - verdicchio. Oczywiście nie chciałabym się wprowadzać do rodziny Leopardiego: ojciec był uzależniony od hazardu, matka - od religii i żądzy odbudowania finansowej pozycji rodu. I według wszystkich źródeł, słonecznie tam nie było :)  

frunęły do nieba bez grzechu i uwolniły rodziców od niewygody odpowiedzialności za ich utrzymanie...

Po nieudanej próbie ucieczki (czy była to jedyna czy jedna z wielu, nie wiem) Leopardiemu w końcu udało się wyjechać do Rzymu. A że nie było autostrad i superstrad, więc i jechał Colfiorito, Foligno, Clitunno, Spoleto, Terni, Narni, Otricoli i Civita Castellana.

Osimo
Podróż opisał w listach do rodzeństwa, z którymi później dzielił się wrażeniami z Rzymu, miasta które go rozczarowało swoją przygnębiającą atmosferą i wszechobecną korupcją. On, językoznawca, nie czuł rytmu dialektu rzymskiego, który tak bardzo fascynował innego rówieśnika - Gioachino Belli, i czuł że zamienił więzienie domu rodzinnego w Recanati na więzienie domu wujostwa w Rzymie. O ile w Recanati miał jeszcze nadzieję, że trawa jest zieleńsza po drugiej stronie gór, to w Rzymie pozbył się złudzeń. Postanowił wrócić do Recanati i w liście do przyjaciela - Pietra Giordaniego pisał

temu światu na nic się już nie przydam

Szkoda, że urodził się tak wcześnie. Jakieś 100 lat z kawałkiem później mógłby do Rzymu jechać przez Monte Giberto, położonego 45 km (+/-) od Recanati, na spotkanie z Massimo Fagiolim, jednym z najważniejszych - i za razem jeden z bardziej kontrowersyjnych -  psychiatrów włoskich. Być może Fagioli powiedziałby mu o biologicznym uwarunkowaniu ego, powstającego w momencie narodzin, a nie - jak postulował Freud - wyssanego z mlekiem matki. I czy terapia pomogłaby Leopardiemu w stanach depresyjnych? A może nie terapia, a rozmowa o wykluczeniu? Massimo Fagioli miałby o czym opowiadać.

moimi niedowidzącymi oczami widziałem kopułę

W 1975 roku włoskie stowarzyszenie psychologiczne wyrzuciło go ze swoich szeregów za krytykę freudowskich teorii i metodologii badań. I tak jak w przypadku Leopardiego, którego depresja i bezsilność mówiły językiem włoskiego romantyzmu, tak Fagioli stał się nie tylko psychologiem włoskiej lewicy ale też został muzą sztuki. To uczestnictwo w jego seansach zbiorowej psychoanalizy wpłynęły na grupę młodych rzymskich architektów. A na Paolę Rossi, jak twierdzi Vittorio Sgarbi, szczególnie.  Tak sale seminaryjne przy Via Roma Libera jak i Palazzetto Bianco (via San Fabiano) są dowodem na udaną kolaborację między architektem (w obydwu przypadkach - Paolą Rossi) a psychiatrą (oczywiście Massimo Fagioli) twierdzącym, że to kolektyw, a nie wyalienowanie, budzi w nas kreatywność.

[intelektualiści] zdają się twierdzić, że najwyższym osiągnięciem ludziego umysłu jest studiowanie antyku

Jak wyglądał więc kolektywny proces projektowania Palazzetto Bianco? Nie wiem. Projekt opiera się na łuku , który wykorzystał tak pałac którego fasada jest obecnie fragmentem muru otaczającego Ogrody Farnezyjskie, jak i La Palazzina Ruspoli zaprojektowana przez Ugo Luccichientiego. A jeśli doda się do tego zabawę prześwitami, oknami i pustą ścianą, odniesienia do renesansu, moderny, futuryzmu i postmodernizmu to możemy mówić o perełce architektury nowoczesnej.

Ale po cholerę to oglądać, skoro w Rzymie jest tyle innych monumentów z potwierdzonym rodowodem?




Adresy z mapy:

Casa Leopardi w Recanati: via Giacomo Leopardi 14, Recanati
Palazzina Ruspoli, via fratelli Ruspoli 10, Rzym
Palazzetto Bianco, via San Fabiano, Rzym
Mur Ogrodów Farnezyjskich i Ręka Cicerona: via dei Cerchi, Rzym

Verdicchio di Jesi: Villa Bucci, Via Cona 30, 60010 Ostra Vetere (AN)

I jeszcze:
tytuły podrozdziałów pochodzą z listów Leopardiego i z Zibaldone
korzystałam również z: Le Meraviglie di Roma dal Rinascimento ai Giorni Nostri, autor Vittorio Sgarbi (wyd. Bompani) i The Secrets of Italy, autor Corrado Augias (wyd. Rizzoli exlibris)



31 Aug 2014

Sycylia domowej roboty

Z Sycylii, oprócz zdjęć i przekonania, że na wyspę musimy wrócić, przywieźliśmy pół kilo suszonych pomidorów. Takich, co to na długich stołach, pod sycylijskim słońcem, zmienią się z ciemnoczerwone plastry, a które stają się rzemieniem po kilku miesiącach  przechowywania w słoiku. Nadają się wtedy jedynie na dodatek do sosu lub pieczeni.  Ja jednak chciałam jeść je same, tak jak podawano je nam na Sycylii, aromatyzowane kaparami i oregano, ociekające oliwą.

klejnoty rodzinne (sycylijskie oregano i kapary)

Annamaria i Rita (z delikatesów u podnóża Etny) podały przepis:
  • suszone pomidory
  • garść solonych kaparów opłukanych z soli
  • suszone oregano (oczywiście najlepsze jest to sycylijskie)
  • ząbki czosnku, ostra suszona papryczka
  • olej lub oliwa (choć Annamaria twierdzi, że lepiej olej, gdyż lepiej się przechowuje)
  • białe wino plus kilka łyżek białego octu winnego

Zagotować wino z octem. Gotować w nim pomidory, ale tylko przez minutę-dwie, gdyż mają jedynie złapać winny posmak. Wyjąć, osączyć, poukładać na ściereczkach, przykryć ściereczką i dobrze osuszyć, czyli potrzymać je tak przez 24 godziny. Osuszone pomidory układać w słoiczkach, dodać trochę kaparów, ząbek lub dwa czosnku, wsypać oregano (lub inne suche zioła), zalać olejem lub oliwą. I to wszystko.

Nasze sycylijskie pomidory z kaparami i oregano nie doczekały jesieni. Zjedliśmy je jeszcze w sierpniu. Co prawda dwa małe słoiczki powędrowały w dobre ręce, ale resztę zjedliśmy w domu. Same, jako antipasto, popijając czerwonym winem.

do ostatniego słoika
Oczywiście opowieść o sycylijskich pomidorach na tym się nie kończy, gdyż mięsiste pomidory można ususzyć w warunkach domowych. Ja robiłam to w piekarniku w temperaturze 50 stopni, na termoobiegu, przez 48 godzin. Reszta czynności jak w przepisie powyżej. Pomidory prezentują się dobrze. Jak smakują? Proszę mnie zapytać za dwa tygodnie, gdy marynata uczyni cuda :) Zapach i wygląd wskazują jednak, że Sycylia prosto z piekarnika się udała.

pomidory z termoobiegu

Z Sycylii przywieźliśmy wina od Passopisciaro. Ale pomidory najlepiej komponowały się, naszym zdaniem, z Aglianico del Vulture. Proszę jednak o tym nie mówić Sycylijczykom, bo nas w przyszłym roku na wyspę nie wpuszczą :)